LECZENIE NA SZÓSTKĘ

W pierwszej części dowiedzieliście się kim jest Misia i jaki ma problem.

W drugim wpisie zawarłam informacje o możliwych niedoborach witamin i minerałów.

Chciałabym, żeby zmiana nawyków była błyskawiczna, ale tak się nie da… Gdybym tylko mogła zrobić ‘pstryk’ i zmienić życie Misi… Niestety, nauka funkcjonowania na nowo, to ciężka i mozolna praca, dlatego robimy maleńkie kroczki do przodu. Zanim przejdziemy do odpowiedniego żywienia, zejdzie trochę czasu, dlatego prosiłam Misię,, żeby po prostu jadła więcej, a w tym czasie dostawała co kilka dni nowe zadania do wykonywania

 

1. Chodzenie na boso

Kiedy to zaproponowałam, trochę zatkało moją przyjaciółkę i przez pierwszy tydzień migała się od zdjęcia butów. W pewnym momencie było już tak źle, że nie zostało nic innego jak przejść kawałek bosą stopą. To był wieczorny spacer z psem i po powrocie do domu Misia padła i spała 6h (nieprzerywany sen).
Co to za czary-mary?

Dawno temu (ale nie jakoś bardzo) był sobie Pan Elektryk. Bardzo bolały go plecy, kości, mięśnie, nie mógł spać… no i ogólnie źle się czuł. Lekarze rozkładali ręce, mówiąc ‘nic Panu nie jest’ (słyszeliście to kiedyś?). Kiedy Pan Elektryk naprawiał kolejny telewizor, zapaliła mu się żaróweczka nad głową (diing!): telewizor (jak każde urządzenie elektryczne) potrzebuje uziemienia, żeby działać. Uziemienie to połączenie urządzenia z gruntem za pomocą drutu, albo czegokolwiek, co przewodzi prąd. Gdyby odciąć telewizor od uziemienia, będzie szumieć, zwieszać się, mrygać i ogólnie nie ogarniać. Pan Elektryk pomyślał, że człowiek też działa na zasadzie przepływu prądu. Mózg i układ nerwowy, to przecież sieć neuronów, przez które przepływa prąd. A ludzkie uziemienie? Chodzimy w butach z gumowymi podeszwami, nie mamy połączenia z gruntem przez praktycznie całe życie. Pan Elektryk zrobił sobie instalację łączącą łóżko z ziemią (coś w stylu obwiązania drutem łóżka i wetknięciem końca drutu w ziemię). To były prawdziwe czary-mary: Pan elektryk wstał wyspany i bez bólu pleców, po przespaniu całej nocy.

Potem różni badacze przeprowadzili badania, testy i inne takie… okazało się, że wystarczy 10-15 min dziennie chodzić na boso po ziemi, a nasze neurony zaczynają śmigać zadowolone w odpowiednią stronę.

Tuptanie na boso nigdy nie zaszkodzi, ale chodzi ogólnie o kontakt z ziemią. Liczy się też leżenie na trawie, nawet na kocu (byle nie był plastikowy jak karimata), przytulanie się do drzew, moczenie nóg w wodzie (rzeka, jezioro, kałuża), a nawet sadzenie roślin. Pozytywny wpływ ma też palenie ogniska – takie nieokiełznany ogień działa cuda.

Misia dość długo już stosuje metodę bosych stóp i widzę poprawę. Kiedy pada deszcz, albo jest chłodno, człowiek raczej nie wychodzi z domu, tym bardziej bez butów. Moja przyjaciółka uważa, że to dobrze kiedy na zewnątrz jest brzydko, bo w końcu nie ma wrażenia, że marnuje czas i nie robi sobie wyrzutów, że siedzi w domu. Ja jednak zauważam, że kiedy Misie nie ma kontaktu z naturą to zaczyna gasnąć: gorzej śpi, nie ma poczucia humoru, jest stłumiona.

 

2. Mruczenie

Że co?

Już tłumaczę…

Kojarzycie takich fajnych mnichów tybetańskich, którzy śpiewają jedną głoskę? Oni mruczą, ale nie tak, że mówią dłuższe mmmm, tylko mruczą całym ciałem (chyba są kotami). Ćwiczą w ten sposób przeponę i dodatkowo wprawiają w drgania wszystkie komórki ciała. To jest prawdziwy masaż dźwiękiem. Czy istnieje osoba, która nie lubi mruczenia kota? (zwłaszcza jak kot leży nam na brzuszku…) To jest prawdziwa magia, co dźwięki potrafią zrobić z człowiekiem, kto był choć raz na koncercie, ten rozumie.
Niestety, żeby nauczyć kogoś mruczeć, trzeba się spotkać, co nie było możliwe i to ćwiczenie całkiem nie wyszło. Ja jako nauczyciel powinnam być mistrzem zen, ale żyję w ciągłym stresie i napięciu, więc sama nie umiałam wydobyć z siebie odpowiednich dźwięków. No cóż… nikt nie jest idealny, każdy popełnia błędy i nie zawsze wszystko się udaje.

Kiedyś ćwiczyłam mruczenie, śpiewałam ‘ooommmm’ codziennie rano. Super ćwiczenie: nie dość, że rozluźnia, to jeszcze dodaje energii na cały dzień. Chciałabym do tego wrócić, ale nie mogę się przemóc. Nic dziwnego, że Misi nie przekazałam zapału…

 

3. Picie wody

Odpowiednia ilość wody (2-3l dziennie) powoduje, że wszystko lepiej płynie. Nawodniony organizm działa jak dobrze naoliwiona maszyna.
Misia dostała szczegółowe wytyczne:

– Pić czystą wodę niegazowaną (może być wysokozmineralizowana)

we Wrocławskich kranach jest paskudna zawiesina, dlatego zaleciłam wodę butelkową, zanim Misia nie zainwestuje w dzbanek z filtrem.

– Nie pić soków (nawet tych świeżo wyciskanych)

Soki są słodkie, nawet te niesłodzone i szybko podnoszą poziom glukozy we krwi, a tego chcemy uniknąć. Nie znaczy to, że soki są niezdrowe, po prostu obecnie je eliminujemy, a jak wszystko będzie dobrze, to je wprowadzimy.

– Nie pić (nie)gazowanych napojów

Misia raczej nie pija takich rzeczy, ale biorąc pod uwagę poniższe zalecenia (unikanie cukru), mogła się nieświadomie przerzucić na ‘cukier w płynie’, więc wolałam ją uprzedzić. Chodzi o produkty typu ‘napój 100%(smaku)’, energetyki, gazowane słodzone i zabarwione ulipki…itp

Picie ma nawodnić organizm, a nie być posiłkiem. Ludziom się trochę poprzewracało i piją żeby zaspokoić głód, często nawet nie rozróżniamy pragnienia od głodu. Chciałam rozdzielić te dwie potrzeby, żeby organizm Misi był odpowiednio nawodniony, żeby ona sama miała szansę poczuć głód i go zaspokoić (może nawet trochę przytyje).

 

4. Rezygnacja z kawy, herbaty i kakao

Wiem, wiem – brzmi strasznie. Czarna herbata, kakao i kawa są zdrowe, ale jednocześnie są to substancje pobudzające, a nam zależy, żeby uspokoić układ nerwowy Misi. To trochę tak, jak po operacji utrzymuje się człowieka w narkozie, a nie pobudza się do życia, żeby organizm miał szansę sam się wyregulować. W tym wypadku jest podobnie – musimy pozwolić, żeby ciało Misi samo reagowało: rozluźniało się albo pobudzało, kiedy samo potrzebuje.
Chociaż rezygnacja z takich podstawowych produktów wydaje się niemożliwa, to nie jest tak źle. Złota zasada eliminacji mówi, żeby każdy eliminowany produkt zamienić na trzy inne. I tak:

– czarną herbatę można zastąpić herbatkami owocowymi (susze owocowe są najlepsze), ziołami lub czystkiem.

Na herbatki owocowe trzeba uważać, bo lubią zawierać aromaty, barwniki i inne (super potrzebne) dodatki. Zioła mają różne działanie, dlatego nie wybierajcie moczopędnych… dobrze sprawdzają się rumianek, mięta, melisa i pokrzywa. Czystek ma działanie przeciwbakteryjne i milion innych zastosowań (polecam poczytać), tak samo jak inne zioła nie powinien być stosowany zbyt długo – po około miesiącu picia, dobrze zrobić 2 tygodnie przerwy. Można też codziennie pić inny rodzaj zioła: dzisiaj rumianek, jutro czystek, pojutrze mięta…

– kakao niestety nie ma aż tylu zamienników. Czekoladę trzeba całkiem odrzucić, ale można wykorzystać karob (chleb świętojański – nie ma z chlebem nic wspólnego).

Nie znalazłam czekolady, która byłaby karobowa, więc Misia musiała zrezygnować z tego niezawodnego lekarstwa na wszelkie smutki, można w zamian kupić karob cięty i chrupać jak czekoladki. Oprócz tego chleb świętojański świetnie zastępuje napój kakaowy (słodkie kakao), czysty proszek rozpuszcza się w mleku i nie trzeba dodawać cukru…mniam.

– kawa to napój przez wielu uważany za niezastąpiony.

Całe szczęście Misia jej nie pija, ale dla wszystkich zdesperowanych podaję możliwości: kawa zbożowa (inka jest bezglutenowa, ale alergia na zboża wyklucza nawet tą wersję), cykoria (to jak kawa zbożowa, ale bez zboża), kawa żołędziowa (świetna na problemy układu pokarmowego i do odchudzania, więc jak chcecie przytyć to nie pijcie za dużo).
Nagle okazuje się, że teoretycznie rezygnujemy z tylu ważnych produktów, a praktycznie poznajemy 2x więcej nowych smaków.

5. Rezygnacja z cukru

Kiedy powiedziałam Misi, że będzie musiała zrezygnować z cukru, nie widziała w tym żadnego problemu, bo myślała, że chodzi tylko o słodzenie herbaty cukrem. Kiedy wytłumaczyłam jej, że cukier brązowy, miód, syrop glukozowo-fruktozowy też się liczą i że odpadają słodycze, czekolada, cukierki, ciastka… to się trochę załamała. Misia mało jada i jak czuje się głodna to zjada czekoladkę albo ciastko, cukier się podnosi i już jest najedzona.
Dla niektórych problemem może być słodki smak – wtedy można użyć stewii, ksylitolu (uwaga, nadmiar szkodzi), cukru kokosowego (ma pyszny karmelowy smak) – znowu mamy 3 słodkości za eliminowany produkt. Te zamienniki nie podnoszą poziomu glukozy, zastępują tylko smak, o ile nasz mózg domaga się słodkiego. Przydaje się to przy dzieciach, jeśli chcemy je oduczyć jedzenia słodyczy.
Cukier to jedna z najsilniej działających substancji uzależniających, dlatego pierwszy tydzień odstawienia jest bardzo ciężki. Ważne żeby się nie złamać i zastępować słodki smak.
Dla Misi większym problemem było przegryzanie smakołyków, zawsze pod ręką miała czekoladę albo ciastko… teraz w miseczkach pod ręką ma orzechy wszelkiego rodzaju (włoskie, nerkowce, laskowe, ziemne itd.), migdały, płatki kokosowe, suszone owoce (rodzynki, morele, śliwki). Ma też miskę z owocami, jak czuje głód, a nie ma nic w lodówce, to może przegryźć jabłko czy banana.

Czemu soki owocowe eliminujemy, a samych owoców nie? Ponieważ owoc jest pokarmem stałym, zanim trafi do żołądka, trzeba go pogryźć – właśnie wtedy przelatują informacje między jelitami i mózgiem, że trzeba się przygotować do trawienia – podczas picia soku, nie ma na to czasu. Po drugie w owocu jest błonnik, który stanowi papu dla bakterii jelitowych – a w soku tego nie ma. No i ostatnia sprawa – owoc to posiłek, sok – nie.

Kiedy Misia rezygnowała z każdego elementu po kolei to była coraz bardziej załamana, że całkiem musi zmienić swoje życie i swoje przyzwyczajenia. Po kilku dniach od zastosowania wszystkich kroków zadzwoniła do mnie i powiedziała, że szczęka przestała boleć. Czuje zęby, że je ma (normalny człowiek raczej nie czuje zębów), ale nie bolą. Była bardzo zadowolona, ale zaraz zaczęła się martwić ‘a jak to wróci?’. Stresowała się tak bardzo, że na drugi dzień już z powrotem szczęka bolała. Świadczy to o tym, że ból jest w głowie i psychika jest najważniejsza w leczeniu wszelkich dolegliwości.
Żałuję, że Misia nie ma przycisków odpowiadających za stres, lęk i zmartwienia, bo wtedy włączyłabym jej na godzinkę dziennie, a na resztę dnia zostawiła wyłączone, żeby mogła żyć normalnie. Ale tak się nie da! Stąd ostatnie zadanie:

6. Zapisywanie dobrych myśli

Misia opowiadała mi, że wieczorem jest w miarę dobrze, idzie do sklepu, działa, rozmawia, czuje się prawie normalnie, w większości nawet zasypia dość dobrze… Ale najgorzej jest rano – ma wrażenie, że kolejny dzień musi spędzić z tym bólem, że nie da rady się podnieść, wszystko jest, źle, nie chce otwierać oczu, bo nie chce żeby był kolejny dzień. Myślałam długo, co by tu zrobić, żeby jakoś wyhamować negatywne poranne myśli. To jest ciężkie, bo uczucia są prawdziwe niezależnie od ich źródła tzn. nie ważne, że dzień będzie piękny i może zdarzyć się coś dobrego, albo że właśnie w tym dniu skończy Misię boleć. To wszystko jest nieważne bo ona czuje, że będzie źle, uczucie jest realne i prowadzi do tego, że rzeczywiście cały dzień jest źle. Nie można powiedzieć ‘nie przejmuj się’, ‘zacznij myśleć pozytywnie’ (no bo niby jak?). Myślałam… Myślałam… i wymyśliłam:

Wykorzystałam, że wieczorem jest Misia ma lepsze samopoczucie, poprosiłam żeby założyła zeszyt, w którym każdego wieczora zapisze dobre/ pozytywne/ miłe/ ładne rzeczy które widziała, albo które się zdarzyły. To może być cokolwiek: ładny pies pogłaskany na spacerze, smaczny owoc, miła pani ekspedientka w sklepie… cokolwiek. Zeszyt ma być przy łóżku, rano zaraz po otwarciu oczu Misia otwiera zeszyt i widzi, co dzień wcześniej zapisała. Lista codziennie się powiększa i trochę dłużej trwa poranne czytanie dobrych rzeczy. Taki nawyk pisania prowadzi do tego, że w ciągu dnia człowiek zaczyna się rozglądać za tym, co wieczorem zapisze w zeszycie – szuka dobrych/ miłych/ pozytywnych rzeczy. Wieczorem, przed spaniem zmusza mózg do przerzucenia wszystkich chwil dnia i wybraniu tych najfajniejszych. Dzięki temu mózg w nocy nie zajmuje się pierdołami (a co jak mi nigdy nie przejdzie? A co jak jutro będzie brzydka pogoda?), tylko pozytywnymi drobnymi sprawami. Ważne jest to, że nikt Misi nie mówi, co ma tam napisać, ona sama musi wybrać. Na początku miała możliwość zapytania swojego chłopaka o podpowiedź, ale z tego co wiem, nie było to potrzebne.

Ciesze się, bo coraz rzadziej dostaję rano telefon z hasłem ‘nie wstanę, bo świat jest okropny’, teraz raczej przychodzi sms: ‘wyspałam się, jest znośnie, ale kiedy mi to przejdzie?’

Wcześniej było ‘ciągle źle a czasami mniej źle’ teraz jest: ‘mniej źle a czasami trochę gorzej’
Dla niewprawnego oka to niewielka zmiana, ale jak to mówią ‘to mały krok dla ludzkości, ale wielki krok dla człowieka (dla Misi)’ albo na odwrót…

Jeśli znacie kogoś, podobnego do Misi (cierpi, lekarze nie potrafią pomóc), albo sami macie problem nie do rozwiązania – zapraszam do kontaktu, coś poradzimy.

 

P.S. Autorem tego pięknego zdjęcia psa z motylkiem jest Sarolta Bán

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *