To będzie bardzo spontaniczny wpis…
Kto mnie zna, ten wie, że jestem bardzo ugodowym człowiekiem, ale jednocześnie jestem bardzo wrażliwa. Mam duszę artystki, czuję i widzę więcej i bardziej, niż inni ludzie.
Nie znoszę złośliwości, bólu, strachu, pretensji.
Nie nadaję się do życia w społeczeństwie, a tym bardziej w Polsce. Tutaj jest za dużo tego wszystkiego, czego nie mogę znieść.

Żyje na wsi i tutaj każdy sąsiad wie o Tobie więcej, niż Ty sam – wkurza mnie kiedy ktoś z rodziny zabrania mi robić coś, co nie jest akceptowalne przez sąsiadów. No sorry, ale to moje życie.

Mam różne choroby, oprócz alergii mam depresje i stany lękowe i nie tylko. Wydaje mi się, że na to ile przeszłam w życiu i jakie choroby mam, to i tak świetnie sobie radzę – wściekam się, kiedy słyszę, że za mało się staram, że za mało osiągnęłam, że choroby sobie wymyśliłam i że powinnam robić wszystko lepiej, bardziej, szybciej, więcej…

Nie mam zbyt wiele, to co mam, zazwyczaj oddaję bardziej potrzebującym. Jestem w stanie oddać wszystko. Nie – sprzedać. Oddać. Samo to, że kiedy właścicielka bloga ‚dieta eliminacyjna’ napisała, że boli ją gardło, poszłam do lasu, nazbierałam świerkowych pędów, zrobiłam dżem i wysłałam pocztą. Po prostu nie lubię, kiedy ktoś cierpi, ale… – jak ktoś mi mówi, że nic mi w życiu nie wyjdzie, bo nic nie mam… Bo się nie staram, żeby mieć więcej… Bo nie mam bogatych rodziców… to szlag mnie trafia.

Tylko ja wiem ile w swoim życiu przeszłam. Moje życie nie jest – i nigdy nie było – ani łatwe, ani proste, ani wesołe. Mimo wszystko – działam (swoim tempem). Uśmiecham się do ludzi znajomych i nieznajomych. Rozmawiam, ale nie rzucam świetnych rad, jakbym tylko ja miała racje. Zajmuje się najpierw sobą, a dopiero potem innymi. Moje życie i zdrowie jest dla mnie ważniejsze, niż cudze. Nawet jeśli chodzi o członków rodziny. Być może, jak będę miała dzieci, to będzie inaczej – Kiedy ktoś mi mówi, że jestem leniwa, że nic w swoim życiu nie robię, że nie pomagam rodzinie tyle, ile powinnam i że za dużo zajmuje się sobą, to mam ochotę komuś przyłożyć.

Byłam przekonana, że najbardziej potrafią mnie wkurzyć ludzie, których znam, a zwłaszcza rodzina. Myślałam tak, bo Bezowa nie działa głównie przez członków mojej rodziny. To od najbliższych dowiedziałam się, że Bezowa nie ma sensu, że po co zaczynam, skoro i tak mi się nie uda i że mi nie pomogą (z niczym), bo we mnie nie wierzą. Naprawdę myślałam, że nic bardziej mnie nie zdenerwuje. Pomyliłam się.

Okazało się że mistrzami w tej dziedzinie są nieznajomi. I to nie chodzi o nieznajomych, niezainteresowanych. Przyzwyczaiłam się, że osoby, które nigdy nie słyszały o glutenie, nie mają pojęcia o tym co robię i jakie to jest potrzebne. Oprócz momentów w urzędach,czy  instytucjach, raczej olewam komentarze takich ludzi.

Jednak wydawało mi się, że osoby od lat na diecie, z wieloma wykluczonymi produktami, są raczej nastawione pozytywnie do pomocy, do szerzenia wiedzy o alergenach itd.

Jestem jaka jestem i lubię pomagać innym, chciałabym żeby traktować wszystkich na równo tzn. żeby ludzie mieli równy dostęp do żywności, opieki zdrowotnej, wypoczynku itp. Dlatego powstała Bezowa. Bardzo chciałam otworzyć sklep, gdzie ludzie będą mogli normalnie  zrobić zakupy, potem miała być restauracja, catering, wszystko miało doprowadzić do założenia agroturystyki, takiej super bezowej.
Niestety, jak już pisałam kiedyś obecnie nie mogę sobie pozwolić na żaden z tych kroków, bo albo mnie nie stać, albo przepisy nie pozwalają, albo ludzie nie są zainteresowani, albo jeszcze coś innego.
Pomijając wszystkie wyzwania (nie lubię słowa problem), udało mi się wystawić na allegro kilka dań bez alergenów w słoikach. Dumna, chciałam się podzielić tym z ludźmi, żeby wiedzieli, że jak nie potrafią, nie mają czasu, nie mogą sobie ugotować, to mogą kupić bezpieczne jedzenie. Nie dzieliłam się tą informacją z osobami niezainteresowanymi, którym obojętne jest to, czy jedzą w mcDonaldzie, czy u babci, tylko na takich grupach ‚bez glutenu’ ‚bez alergenów’ ‚gluten free’ ‚dieta eliminacyjna’, no takie po prostu związane z tematem. I wiecie co? trafiłam na – jak to ładnie ktoś podsumował – gównoburzę. Ilość hejtu, pretensji, złości, gniewu, złośliwości… mnie po prostu  przygniotła.
Nie spodziewałam się, serio. Ludzie się boją o śladowe ilości i ja to rozumiem, dlatego opisałam na allegro dokładnie w jaki sposób zadbałam o bezpieczeństwo potraw. Ale co z tego, nie mam firmy, nie staram się o certyfikat, a to znaczy, że NA PEWNO otruje ludzi i w żadnym wypadku nie wolno ode mnie nic kupić.
Prowadzę bloga, istnieję w internecie, na fb, insta, nie ma problemu żeby znaleźć informacje na mój temat. Ale co z tego, skoro ludzie nie znają mnie osobiście, to znaczy że NA PEWNO kłamię, oszukuję i wcale się nie znam na diecie bez glutenu  i innych alergenów.  Użyłam swoich własnych ikonek do oznaczenia braku alergenów, a to znaczy, że NA PEWNO sobie to wymyśliłam, że nie używam tych alergenów.
Gotuję w domu, a to znaczy że NA PEWNO rozsiewam mąkę pszenną wokół siebie, biegają mi po domu robaki i ‚O Mój Boże!’ nie kontroluje mnie sanepid. Przecież wszystkie lokale, które kontroluje sanepid są nieskazitelne, a mój dom NA PEWNO jest wylęgarnią brudu, używam zdartych teflonowych patelni i w ogóle przecież w domu nie da się dobrze zapasteryzować słoika…

Co z tego, że mama i babcia, z którymi mieszkam są i były kucharkami, jak ja tak i mama (bo babcia już nie) mamy aktualne książeczki sanepidowskie – NA PEWNO mamy wszystkie choroby zakaźne i każda z nas pluje do jedzenia, żeby zarazić i wykończyć wszystkich alergików.
Co z tego, że w kuchni w moim domu są zasady bardziej restrykcyjne, niż w niejednym lokalu gastronomicznym, dotyczące przechowywania produktów, mycia żywności i naczyń, przygotowywania posiłków, jakości narzędzi…itd NA PEWNO nie znam się na przygotowywaniu potraw, bo nie gotuję w wynajmowanym lokalu gastronomicznym, tylko we własnym domu.

Nic mnie tak nie wkurza , jak złośliwa ignorancja i nawoływanie do nienawiści w internecie, bo przecież, jeśli sama się reklamuję, to znaczy, że jestem oszustem, kłamcą, ignorantką i w ogóle na niczym się nie znam i zależy mi tylko na tym, żeby wyciągnąć z ludzi pieniądze.
Ludzie, jeśli będziecie zabijać wszystkie pomysły w ten sposób, to nikt nie będzie chciał inwestować w życie bez alergenów. Teraz nie dziwie się, że nie można znaleźć knajp z daniami bez alergenów, że gastronomiczne miejsca nie chcą przystępować do menu bez glutenu, że nie ma osób gotujących ‚domowo’ bez alergenów.

Szczerze mówiąc, odechciało mi się pomagać alergikom. Nie chce mi się starać, o to, żeby inni mieli co jeść. Nie mam ochoty gotować dla ludzi, którzy oblewają mnie nienawiścią, bo mnie nie znają. Nie mam ochoty, tworzyć nowych przepisów na dania z zamiennikami wszystkich możliwych alergenów. Nie mam ochoty szukać sposobu, żeby otworzyć bezową, w postaci sklepu, lokalu gastronomicznego, czy w końcu agroturystyki, bo nie chce mi się ułatwiać życia ludziom, którzy tego nie chcą.

Jeśli lepiej jest narzekać na to, że nie ma odpowiedniego jedzenia, że nikt nie umie ugotować bez alergenów, że nie ma dostępu do odpowiednich produktów, że nie można nigdzie wyjechać, że życie na diecie jest takie ciężkie, że w każdym kraju jest lepiej niż w Polsce… niż próbować coś zmienić – to ja się w to nie mieszam.

Coś mi się wydaje, że nasze społeczeństwo po prostu nie chce żeby było lepiej, bo narzekanie jest dużo wygodniejsze. Być może Polska nie jest gotowa na to, żeby było dobrze.
I tak sobie myślę… po co ja się tutaj tak przejmuje i  staram? Mało jest krajów na świecie…

 

2 Thoughts on “Co mnie wkurza”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *