Nie często dzielę się swoim prywatnym życiem w internecie, tyle że czuję się zobowiązana do wyjaśnienia pewnych rzeczy.
Na początku każdego roku zwyczajowo robi się postanowienia, plany, ale też podsumowanie poprzednich miesięcy. Poświęciłam na to chwilę czasu i się załamałam. Dlaczego? Już tłumaczę…

Zacznę od swojego dotychczasowego życia. Osoby, które mnie znają wiedzą , że od dawna cierpię na stany lękowo-depresyjne (choć niektórzy udają, że nie maja o tym pojęcia). Część osób uważa, że mnie to całkowicie definiuje – czyli, że nic mi nigdy nie wyjdzie, nic nie osiągnę i do niczego się nie nadaję. Inni twierdzą, że jestem leniwa, udaję, wymyślam problemy i nic nie osiągnę, bo za bardzo liczę na pomoc i wsparcie od innych. Nieliczni wiedzą jak jest naprawdę, a w tej grupie nie ma chyba nikogo, kto wiedziałby jak mi pomóc. Dodatkowo jestem człowiekiem bardzo wrażliwym, potrzebuje dużo spokoju, ciszy, opanowania, zrozumienia, wsparcia… Chociaż nie wiem, czy to prawda, może po prostu potrzebuje normalnej ilości powyższych rzeczy.
Mam wrażenie, że rzeczywiście całe moje życie składa się z serii porażek, ale w moim podsumowaniu chciałam się skupić na 12 ostatnich miesiącach, w których przynajmniej raz w miesiącu próbowałam wziąć się w garść i zacząć od nowa.

Pomysł na Bezową pojawił się kilka lat temu w jedną z bezsennych nocy. Pierwotnie chodziło o agroturystykę (samowystarczalną, ekologiczną, bez alergenów, bez produkcji śmieci), ale to trochę dużo na początek. Krokiem niżej była Bezowa restauracja, ale to też stanowiło zbyt duży pomysł dla jednej osoby. Cofnęłam się więc, aż do pomysłu sklepu, który wydawał się odpowiedni do ogarnięcia. Długo nosiłam się z tą ideą i nie dzieliłam się nią z nikim. Już nie pamiętam impulsu, który spowodował chęć realizacji Bezowej, ale wszystko miało zacząć się we Wrocławiu. Oczywiście sprawa się rypła i musiałam wrócić do domu, na wieś, w nasze piękne góry.

Nie miałam nic i zaczynałam od nowa w domu rodzinnym, na totalnym zadupiu. Dopiero na początku 2018 zdecydowałam, że wieś też daje pewne szanse i że tutaj też może się udać. Poszłam na bezrobocie, żebym mogła otrzymać dofinansowanie. Najbliższa rodzina nie przyjęła tego faktu z aprobatą, zwłaszcza, że nie mogłam przez to iść do ‚normalnej pracy’. Zaczęłam od pisania biznesplanu: musiałam znaleźć lokal, ogarnąć ile co będzie kosztować, jaki będzie asortyment, znaleźć dofinansowanie… Dużo czasu spędzałam przed komputerem i w internecie, co wywoływało wściekłość u członków rodziny, bo ‚jak można tak siedzieć i nic nie robić’.
Każdy aspekt biznesplanu był niezłym wyzwaniem:

  • Znalezienie odpowiedniego lokalu graniczy z cudem. Nawet kiedy znajdowałam coś ciekawego, to musiałam przekonać właściciela do mojego pomysłu, co ani razu mi się nie udało. Dlatego pomyślałam o sklepie internetowym i na ten cel chciałam wynająć garaż i stodołę od mojej mamy, ale kategorycznie nie chciała się zgodzić (pominę dlaczego). Trochę się podłamałam, ale się nie poddałam. Sprawdziłam możliwość prowadzenia działalności (własnych wypieków) w domu, ale rodzina się nie zgodziła, co zablokowało mi drogę w tę stronę. Następnie wzięłam pod uwagę podnajęcie istniejącego lokalu (np. restauracji) do przygotowywania jedzenia i sprzedaży w słoikach. Niestety ilość alergenów w takich miejscach była nie do zaakceptowania. Myślałam też o foodtracku, przyczepie kempingowej, albo innym szałasie, który stanowiłby punkt sprzedaży, ale w każdym wypadku potrzebuje magazynu… i zaczynamy od nowa.
  •  Stworzenie strony internetowej to dla mnie czarna magia, późniejsza edycja również. Całe szczęście jeden miły człowiek obiecał ( i słowa dotrzymał), że zrobi Bezową stronę i sklep. Nieźle się przy tym nastresowałam, ale się udało (przynajmniej z blogiem, bo ze sklepem internetowym nie poszło)
  • Ogarnięcie konkurencji było mega trudne, bo nie znalazłam podobnego sklepu (dla wszelkich alergików). Przez to nikt nie rozumiał, po co komu ‚kolejny sklep ze zdrową żywnością’. Nikt nie chciał uwierzyć ile osób jest na dietach eliminacyjnych. Po moich obliczeniach, każdy kiwał głową ze stwierdzeniem, że wcale tyle ludzi nie potrzebuje sklepu bez alergenów. Kolejny raz się załamałam, bo nie wiedziałam jak zapytać potencjalnych klientów, czy będą chcieli robić u mnie zakupy. Nie udało mi się tego wykonać.
  • Promocja to też niełatwa sprawa, bo jak reklamować coś, co jeszcze nie istnieje? Biorąc pod uwagę, że nie miałam na to ani grosza… to nawet nieźle mi poszło.
  • znalezienie kasy na biznes… masakryczna sprawa. Unia Europejska postanowiła finansować pomysły osób powyżej 35 roku życia, czyli byłam za młoda. Bezrobocie dawało jedynie 17 tys zł (to bardzo mało) i przy okazji nie można starać się o żadne inne dofinansowanie. Pożyczka w banku nie wchodziła w grę, bo nie mam nic (wkładu własnego, mieszkania pod hipotekę…). Chciałam skorzystać z portalu ‚polak potrafi’, żeby nazbierać wkład własny dla bezzwrotnego dofinansowania z bezrobocia. Niestety okazało się, że mam na to koło miesiąca (terminy w bezrobociu). Nie przygotowałam się odpowiednio i nie udało mi się nazbierać wyznaczonej kwoty. Potem dowiedziałam się o pożyczce z bezrobocia (trzeba ją zwrócić, ale oddaje się 1% więcej, a nie 50%). W tym momencie zakładania biznesu byłam już na skraju wyczerpania, ale się nie poddawałam. Do tej pożyczki trzeba mieć dwóch poręczycieli (jak do każdej innej dotacji, czy pożyczki). Fajnie, że istnieje fundacja poręczeniowa, która zastępuje jedną osobę. Postanowiłam pisać biznesplan dalej, a z gotowymi dokumentami poszukać poręczyciela.

W tym momencie już miałam serdecznie dość. Wydawało mi się, że spędziłam pół roku i nie ruszyłam się nawet o krok do przodu. Miałam wrażenie że tylko się cofam i już nic z tego nie będzie. Moja rodzina tylko mnie w tym utwierdzała. Dowiedziałam się, że jeśli nie mam bogatych rodziców, to nic mi się nie uda i żaden człowiek nie pomoże mi finansowo, bo jestem życiowym nieudacznikiem. Tak myślę, że przez cały rok, nie dostałam żadnego dobrego słowa od mojej rodziny, na temat Bezowej.

Co jakiś czas napadały mnie silne stany lękowe, że oni mają rację, że nic mi się w życiu nie uda. Prowadziłam bloga, ale wydawało mi się, że tylko marnuje na to czas, bo nic z tego nie mam. W czasie napadów depresyjnych również nie było lepiej. Tak naprawdę nie miałam się nawet gdzie schronić (nie mam w domu rodzinnym własnego kąta), wypłakać się, czy poleżeć spokojnie, aż wezmę się w garść.

Do pewnego momentu walczyłam o finanse na firmę, ale w końcu do mnie dotarło, że już wyczerpałam wszystkie możliwości i nie znajdę poręczyciela. Znalazłam wtedy Aniołów Biznesu, którzy dają coś w formie pożyczki na biznes i pomagają merytorycznie, ale firma mus już działać, coś musi się dziać. Pomysł musi być innowacyjny i trzeba przekonać, któregoś Anioła, że warto zainwestować. Zaczęłam kombinować jak zacząć bez kasy, ale żeby było z rozmachem dla Aniołów Biznesu. Wtedy weszły przepisy o działalności nierejestrowanej, w skrócie możesz zarobić do 1tys zł bez prowadzenia firmy, musisz tylko odprowadzić podatek. Napaliłam się na ten pomysł, ale okazało się, że w ten sposób można wykonywać działalność, która nie podlega żadnym przepisom (jak sanepid), czyli głównie rękodzieło. Podłamałam się wtedy bardzo, bo już na prawdę skończyły mi się pomysły.

Brakowało mi pieniędzy i czasu. Musiałam znaleźć coś, co przyniesie pieniądze na życie, ale jednocześnie pozwoli dalej pracować nad Bezową. Praca w schroniskach górskich to ciężka robota fizycznie, ale mi to odpowiadało, dopóki nie miałam załamania w górach. Nie dawałam rady psychicznie. Zaczęłam szukać innej pracy, ale… znalezienie pracy na wsi to ciężki orzech do zgryzienia. Pozostawała mi praca w pizzerii, albo piekarni…

Do tego ciągle ta alergia na pszenicę, jajka, cały nabiał, soję… Brak dostępności odpowiednich produktów, nikt w domu nie przejmuje się zanieczyszczeniami, wszędzie okruszki, mąka pszenna, śmietana. Każdy mówił tylko o tym jaki to problem, żebym coś zrobiła, żeby jeść normalnie, żebym przestała wymyślać… (najgorzej jest przed świętami wszelkiego rodzaju). W pewnym momencie przepracowałam się i skręciłam kolano, nie mogłam pracować, więc nie było szansy na kasę na życie. Zaczęłam szukać innego sposobu…
Kilku osobom pomogłam już kiedyś z ogarnięciem diety eliminacyjnej, pomagałam dietą w chorobach i to działało, więc pomyślałam, że jest to dobry pomysł. Niestety miałam mocne zderzenie z rzeczywistością, bo przecież nie jestem dietetykiem, co znaczy że nie znam się na odżywianiu. Olałam ten pomysł.
Zostało mi prowadzenie bloga…bardzo chciałam robić fajne jedzenie, do tego piękne zdjęcia, fajne wartościowe wpisy, ale szczerze nie potrafię ogarnąć grafiki. Nie mam aparatu, tylko telefon z beznadziejną jakością, nie umiem robić ładnych zdjęć – serio, żeby fotografować jedzenie, trzeba wiedzieć jak to robić. Nie ważne jak dobrze gotujesz, w internecie wszystko musi wyglądać ładnie. Żeby zacząć zarabiać na blogu, trzeba mieć odpowiednią ilość wejść, czego nie potrafię ogarnąć (a i tak wymaga to kilku lat pracy). Brak kasy, brak dostępu do fajnych produktów, coraz częstsze napady depresji – to wszystko nie pomaga w ogarnięciu się.

Pod koniec roku przestałam sypiać, jeść, funkcjonować w jakikolwiek sposób. Po czym przyleciała do domu moja siostra z małym bobasem (ma 8 miesięcy). Wszystko fajnie, ale zrobiło się w domu jeszcze mniej miejsca dla mnie. Kiedy dziecku wprowadza się nowe pokarmy, po całej kuchni walają się kaszki, grysiki, chlebek, jogurty…. Rozumiem to, ale jakoś nie są to odpowiednie warunki przy alergii pokarmowej. Żeby było lepiej, powinnam się wyprowadzić, ale po pierwsze nie mam gdzie (na wsi nie istnieje opcja wynajmu mieszkania, można ewentualnie kupić dom), a po drugie nawet nie mam na to pieniędzy…

Żeby tego było mało… Kiedy wszystko się rypie, zazwyczaj poznaję jakiegoś faceta, który nie jest stabilny emocjonalnie i ciągnie mnie w dół, albo ewentualnie jakiegoś wariata, który mówi ‚albo będziesz mnie kochać, albo cię zniszczę’. Poprzedni rok był apogeum takich sytuacji, ale nie będę się w to zagłębiać.

Podsumuję patrząc na piramidę potrzeb (od góry)

– potrzeba samorealizacji – szkoda gadać, totalna masakra, nie udało mi się nic zrealizować
– potrzeba uznania – jak wyżej, z dodatkiem tego, że nie mam od kogo dostać tego uznania
– potrzeba akceptacji w grupie – najpierw trzeba znaleźć jakąś grupę
– potrzeba bezpieczeństwa – chyba jeszcze gorzej niż powyższe, nawet z bezrobocia mnie wyrzucili…
– potrzeby fizjologiczne – hmmm jeśli nie zasypiam, praktycznie nic nie jem, nie dbam o dietę, przez co mam problemy z jelitami (więc nawet kupa mi nie wychodzi – mroczny śmiech w tle)…

Także, tego….

W nowym roku postanowiłam wziąć się w garść. Serio.
To co napisałam wyżej to taki lekki obraz jak wyglądał mój rok (taka naprawdę lajtowa wersja), dlatego myślę, że moja decyzja jest uzasadniona.

Postanowiłam, że zajmę się sobą, tak egoistycznie, ale chyba tego potrzebuję.
Chciałabym zacząć od podstaw, bo inaczej nie ogarnę nic więcej.

1. Chcę spać 8-10h dziennie – tyle potrzebuję. Pełnego, mocnego, nieprzerwanego snu. Brak snu, to najgorsza tortura. Kiedy nie śpię jedną noc – czuję się zmęczona, drugą – jak zombie, trzecią – jak wrak człowieka, czwartą – chcę umrzeć. Bywa, ze nie śpię po 2 tygodnie. Bez tego nie dam rady funkcjonować.

2. Chcę jeść odpowiednią żywność. Mam dość przetworzonych produktów, jedzenia jednego posiłku co 2 dni. Mam dość ciągłego jedzenia mięsa, chcę więcej warzyw, owoców, 5ciu posiłków dziennie. Chciałabym mieć dostęp do dobrych produktów, bez śladowych ilości alergenów

3. Chcę zająć się swoim zdrowiem fizycznym i psychicznym. Wyleczyć kolano,zająć się chorobą hashimoto, którą mam, zadbać o alergie pokarmowe. Dodatkowo zadbać o zdrowie psychiczne – iść na terapię, być może do psychiatry po leki wyrównujące. To już jest w toku, znaczy już prawie. Trochę czasu zajmie mi wyrównanie nastroju na kolejne kroki.

4. Znaleźć pracę (i ją utrzymać). Biorąc pod uwagę, że na wsi jest kiepsko, stwierdziłam że nie będę wymyślać. Odstawiłam na bok swoje ideologie i stwierdziłam, że pójdę do pracy gdziekolwiek. Ze względu na zdrowie odpada piekarnia, czy cukiernia, ale znalazłam pracę w sklepie mięsnym. Część osób się z tego śmieje, ale to pozwoli mi posiadać pieniądze na życie, jedzenie i utrzymanie zdrowia. Jestem przeciwna jedzeniu mięsa, chciałabym ograniczyć maksymalnie jego spożywanie, ale pieniądze są obecnie dla mnie ważniejsze.

5. Wyprowadzić się z domu. Dorosły człowiek powinien mieszkać poza domem. Ten sam dom mógłby być, ale musiałoby być osobne mieszkanie z innym wejściem. W górach wynajmuje się domki na weekend, nikt nie bierze pod uwagę wynajmu długoterminowego. Potrzebuję po prostu osobnej kuchni, gdzie nie ma chlebowych okruszków, mąki pszennej w szafkach i lodówki pełnej jogurtów i jajek

6. Kupić samochód. Znaczy najpierw muszę zaoszczędzić trochę kasy, ale na takim zadupiu potrzebny jest środek transportu. Niby mam rower, ale jak jest 2m śniegu to trochę się boję wyjechać na drogę. No i skręcone kolano nie lubi pedałować.

Na razie tyle chciałabym ogarnąć. Dalej się zobaczy. Zastanawiam się czy zajmie mi to rok, czy pięć (raczej to drugie). Jeśli ogarnę tyle, to będę mogła zająć się Bezową bez obawy, że zaraz się rozlecę.

Nie wiem, czy narzekam i jęczę, czy po prostu mówię jak się czuję (to chyba to samo), ale po prostu bardzo chciałabym się ogarnąć i żeby moje życie nie rozwalało się co najmniej raz w miesiącu. Nie wymagam od życia (i siebie) niemożliwości, cudów, ani nic nadzwyczajnego, tylko normalności i stabilności. Czy to tak dużo?

Nie gniewajcie się, że Bezowa nie działa, jak powinna, że wpisy nie pojawiają się regularnie, albo że zdjęcia do przepisów nie są piękne. Postaram się nie zapominać o Bezowej, bo jest ona dla mnie ważna, ale ja jestem ważniejsza (tak mi się wydaje).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *